Mama i światło
Moje pierwsze wspomnienie mamy to kuchnia w naszym małym mieszkaniu. Za oknem jest ciemno, a złote światło lampy nad stołem ociepla pomieszczenie. Jednostajny turkot maszyny do szycia unosi się w powietrzu i działa uspokajająco.
Na środku kuchni, tuż przy ścianie, stoi drewniany stół, a przy nim ona – mama – pochylona nad maszyną. W ciągu dnia była nauczycielką, a wieczorami szyła ubrania dla nas i dla innych. Ma na sobie zielony sweter zrobiony przez babcię. Jest taka młoda, piękna, pachnie kremem do twarzy.
Wtulam się w nią i mój świat się zatrzymuje. Jest tak ciepło i dobrze. Oglądam kuchnię przez dziurki w swetrze. Bardzo ją kocham. Chcę, żeby ta chwila trwała.
W tamtym czasie była moim bezpiecznym miejscem – zawsze gotowa do przytulenia, bez oceny, bez zbędnych pytań. Po prostu była. Choć dużo pracowała i często za nią tęskniłam, kiedy wracała do domu, wszystko zaczynało żyć jej energią i pachnieć świeżym obiadem. Lekcje odrabiałam zawsze w kuchni, blisko niej. Tak było dobrze. Bezpiecznie.
To samo światło, a wraz z nim ciepło i poczucie bezpieczeństwa, wraca do mnie czasem w wybranych kościołach podczas wieczornej mszy świętej. Gdy witraże stają się już tylko ciemnymi plamami, przy złocie tabernakulum tańczą płomienie świec. Pojawia się Obecność – wspólne trwanie w czymś, co zatrzymuje mój czas. Przebywanie w nieskończonej Miłości.
Światło i kolory towarzyszą mi od początku świadomego życia. To one we mnie tańczą, przenikają mnie i napełniają wdzięcznością. Towarzyszyły mi również podczas procesu uzdrawiania ran z przeszłości.
Pod koniec szkoły psychoterapii mieliśmy warsztaty z terapii tańcem i ruchem. Byliśmy w małej, bardzo kameralnej grupie. Za oknem padał deszcz, a niebo zasnuwały ciemnoszare chmury.
Prowadząca wprowadziła nas w medytację. Zamknęłam oczy, oddychałam, czułam zmęczone, trochę odrętwiałe ciało. Przez krótką chwilę dostrzegłam pod powiekami ciepłe światło.
„O, pewnie wyszło słońce” – przemknęło mi przez myśl.
Nie otwierałam jednak oczu. Chciałam czuć to ciepło na twarzy.
Ogarnął mnie głęboki spokój, jakby w jednej chwili ktoś stworzył na nowo każdą komórkę mojego ciała. Chciałam w tym pozostać, ale ćwiczenie dobiegło końca.
Po wizualizacji wstaliśmy, a każdy z nas miał pokazać ruchem ciała to, czego doświadczył podczas medytacji. Pozwoliłam, by moje ciało płynęło w ruchu. Ramiona nabierały i podnosiły coś z ziemi, a następnie oddawały to ku niebu.
Nie mogłam przestać powtarzać tego gestu.
Dół i góra.
Zbieram. Trzymam. Wypuszczam.
Grupa zaczęła powtarzać za mną:
„Zbieram – trzymam – wypuszczam”.
Nagle jedna z koleżanek powiedziała:
„Mam wrażenie, jakbym całe bagno życia zgarnęła i oddała Bogu”.
Zapytałam później uczestników grupy, czy podczas ćwiczenia również czuli lub widzieli to piękne światło. Nikt go nie dostrzegł. Za oknem było jeszcze ciemniej, a z chmur wciąż siąpił deszcz.
Ja natomiast odczuwałam radość i spokój w każdym skrawku ciała. Nie potrafiłam o tym mówić. Chciałam tylko czuć i trwać we wdzięczności za to doświadczenie – jak najdłużej.